Spalony – przywoływacz niezrozumiałych wspomnień

Spalony nie jest biografią, w której przeczytacie: „Andrzej Iwan to był gość, w pojedynkę pokonałby wszystkich, a gdy już coś mu się nie udało to wszystkiemu winni byli trenerzy czy działacze”. To książka w której „Ajwen” z pomocą Krzysztofa Stanowskiego rozliczają całą przeszłość bohatera. Jeśli komuś się należało to w jego kierunku lecą działa jak chociażby do Antoniego Piechniczka i służb medycznych reprezentacji na mistrzostwach świata w 1982 roku. Gdy zawinił sam Iwan to otwarcie bije się w pierś i stara się rozłożyć sprawę na czynniki pierwsze, tłumacząc swój ówczesny punkt widzenia i pobudki nim kierujące. Zresztą mniejsza, to nie będzie recenzja „Spalonego”. Na recenzje czas bowiem już był. Po pierwszym wydaniu, nie teraz. Po co zatem to piszę? Szczerze? Sam nie wiem. Już podczas czytania pierwszego rozdziału poczułem impuls, że może warto będzie po skończeniu lektury podzielić się wrażeniami i przemyśleniami związanymi z książką. Chwilę później pojawił się drugi impuls, czerwony znak stop ”to bez sensu, daj sobie spokój”. Nawet jeśli tekst do kogoś dotrze to i tak nic nie zmieni, książki i tak były wydrukowane dla osób, które wcześniej je zamówiły. Jeśli ktoś nie zamówił, a jakimś cudem po przeczytaniu tego wpisu się przekona to i tak raczej jej nie zdobędzie. Gdy zamknąłem ostatnią stronę i przeczytałem kilka zdań z tylnej części twardej oprawy wiedziałem, że jednak napiszę. Nie wiedziałem jednak czy do folderu dokumenty w komputerze i przypomnę sobie o nim gdy dowiem się, że Andrzeja Iwana nie ma już na tym świecie, a później będę przypominał sobie o tym tekście w rocznicę jego śmierci, czy trafi jednak do publikacji. Może będzie za bardzo osobisty? Mimo wszystko siedzę i piszę, a jeśli to czytacie to wiecie jaką podjąłem decyzję. Skoro jesteście już w tym miejscu to zachęcam do przeczytania całości. Będzie o zrozumieniu czegoś kompletnie niezrozumiałego dla kogoś kto w tym nie siedzi. O czymś czego nie rozumiałem jako dziecko, o czymś czego nie rozumiałem 19 sierpnia 2016 roku, nie rozumiem także dziś i mam nadzieję, że nie zrozumiem tego nigdy…

„Spalony” przywołuje we mnie wiele wspomnień i czytając książkę wielokrotnie czułem się jakbym pewne rzeczy już słyszał mimo, że Andrzeja Iwana znam jedynie z opowieści ojca i programów z jego udziałem które słuchałem i oglądałem. Tata był wielkim sportowym, bo nie tylko piłkarskim pasjonatem. To on zaszczepił we mnie miłość do sportu, pokazał biegi legendarnego biathlonisty Ole Einara Bjoerndalena, opowiadał o debiucie Hansa Nielsena na polskiej ziemi w barwach Motoru Lublin, zabierał na pierwsze mecze Górnika Łęczna i pokazywał historyczne mecze reprezentacji Polski z mistrzostw ’74 i ’82, a także olimpiady ’92. Pamiętam, że szczególnie dobrze wspominał kilku piłkarzy, lecz pozwólcie, że wymienię jedynie Polaków: Kowalczyk, Gadocha, Gorgoń, Żmuda, Lubański, Szarmach, Deyna i właśnie Iwan. Na podstawie tej ostatniej czwórki opowiadał o tym jak poprzedni system zablokował szanse na zrobienie przez nich wielkich karier. Nieszczególnie rozumiałem. Pokazywał mi zawodników, którzy zdobywali brązowe medale mistrzostw świata i mówił o tym, że nie podbili mimo wszystko świata, bo coś stanęło im na drodze do sukcesu. System. Dziwne. Dopiero gdy nieco podrosłem, samemu spojrzałem na ich klubowe osiągnięcia i dowiedziałem się więcej o komunizmie zrozumiałem o co mu wtedy chodziło. Jako dziecku wydawało mi się, że dorośli mogą wszystko, a tu okazuje się, że zabraniał im chory system. Ojciec zawsze powtarzał, że gdyby nie boisko w półfinale z Niemcami w ’74 to bylibyśmy mistrzami świata, to samo jeśli chodzi o ’82 rok, te mistrzostwa tłumaczył z kolei kontuzją Iwana i absencją Bońka w meczu z Włochami… Gdybologia, ale kto wie…

To wspomnienia o Andrzeju Iwanie, które posiadam z dzieciństwa. Jak pisałem na początku poprzedniego akapitu podczas czytania „Spalonego” czułem się jakbym pewne słowa już słyszał. Można pomyśleć… no wariat! Problem w tym, że rzeczywiście słyszałem wiele z tych słów, które później czytałem w książce i pochodzą one z wielu wspomnień. Pierwszy raz na stronie dziesiątej, która tak naprawdę jest drugą, gdy Andrzej opisywał pobyt swój w Kobierzynie. W Lublinie oczywiście też jest takie miejsce, szpital na abramowickiej. Miałem kilka lat i pierwszy raz widziałem prawdziwych świrów. Ludzie chodzący niemal żółwim tempem, bez celu, szepcący sami do siebie, kompletnie szurnięci, ale odwiedziłem ojca mimo obecnej już wtedy niechęci do niego, pojechałem by mamie było raźniej. W przeciwieństwie do miejsca w którym przebywał Andrzej Iwan nie był to jednak ośrodek w pełni zamknięty. Ludzie, którzy w nim przebywali mieli do dyspozycji coś w rodzaju parku, spacerniaka. Kompletna głupota. Nie dalej jak na drugich lub trzecich odwiedzinach ojciec pokazał nam jak podczas tych spacerów może normalnie wyjść na miasto i się napić. Przy nas tego nie zrobił. Jedynymi zakupami jakie zrobiliśmy w pobliskim sklepie był czekoladowy rożek dla mnie. Powinniście się zatem domyśleć jak skończyło się to „leczenie”. Mniej więcej tydzień później wyleciał z odwyku za picie. Jakiś pozytyw? A no taki, że któregoś razu żona „współlokatora” ojca przywiozła słoik przepełniony jagodami. I ten calutki słoik razem z bratem zjedliśmy. Ależ były słodkie! Był to jego pierwszy pobyt na odwyku, ale nie ostatni. Potem bywały już także takie naprawdę zamknięte. Ja natomiast więcej nie jeździłem już w odwiedziny, lecz zdarzało mi się pojechać dla towarzystwa mamy, ale w trakcie gdy ona przesiadywała na widzeniu z ojcem ja pozostawałem w samochodzie. Jakże się dłużyło. Wiele opowieści o odwykach słyszałem. Nie będę ich tu przytaczał. Zamiast tego podam kolejne książkowe skojarzenie w którym słowa Iwana były bliźniacze z tymi ojca. Alkoholicy to często cholernie inteligentni ludzie.”Ajwen” wspominał o profesorze krakowskiej uczelni. Od ojca słyszałem o profesorach, nauczycielach, księżach, lekarzach, sama śmietanka.  Nie wiem dlaczego, ale jeśli tata kogoś lubił to bez różnicy czy był to jakiś jego znajomy, czy lubiany przez niego sportowiec, muzyk, aktor, zresztą mniejsza, ważne by przy okazji był alkoholikiem to zawsze mówił o nim z dumą. Coś w stylu „Świetny gość i alkoholik”. Dokładnie „i alkoholik”, a nie „ale alkoholik”. Nigdy tego nie rozumiałem. Może to tylko przypadek potwierdzający tezę o inteligentnych osobach popadających w alkoholizm gdy mówił o tych których podziwiał? A może jakiś sposób na obronę własnego alkoholizmu? Nie wiem. Wiem jednak, że jest między nimi jakiś niematerialny rodzaj więzi. Dotarłem do dwudziestej strony książki i znów to samo. To książka o Andrzeju Iwanie czy zapiski mojego ojca o terapiach odwykowych? Gdyby nie wstęp z informacją o występie na mistrzostwach świata to naprawdę mógłbym mieć problem z odróżnieniem. Tym razem książkowi terapeuci. Ile razy nasłuchaliśmy się o tym w domu, że to debile, kretyni, że gówno wiedzą i jeśli mam być szczery? To często pewnie tak jest. W końcu co o nałogu może wiedzieć ktoś kogo dany problem nigdy bezpośrednio lub pośrednio nie dotyczył. Jedni dzięki wiedzy z książek i odpowiedniemu psychologicznemu podejściu połączonym z wolą i chęcią do walki uzależnionego na pewno są w stanie coś zdziałać, ale obstawiam, że nie jest to duży odsetek. W końcu w szkole podstawowej każdy z nas przeczytał zasady ortografii, a później w szkole średniej czy nawet wieku dorosłym wielu dalej jej nie potrafi. Nauczenie się nałogu bez praktyki i odpowiednie podejście oraz wykorzystanie tej wiedzy wydaje mi się być dużo trudniejszym zadaniem, a przypominam że nie radzimy sobie z banałami także mając do dyspozycji książki. Straszenie utratą zdrowia, uświadamianiem problemu i zadawanymi wypracowaniami jak na polskim w szkole moim zdaniem (a nie uważam się za żadnego eksperta) trudno osiągnąć zamierzony efekt. Zwłaszcza, że jak wspominał ojciec pisze się je dla zabicia wolnego czasu i z nudy, a w treści wszystko co terapeuci chcą usłyszeć. Do tego stopnia, że później stawią je za wzór podejścia do walki z alkoholem i zrozumienia swojej sytuacji. Pieprzona naiwność. Problemem alkoholika nie jest to, że jest pijany, problemem jest to, że trzeźwieje lub nie pije od jakiegoś czasu. Świetnie widać to na przykładzie filmu Janusza Morgenszterna „Żólty szalik”. Co zresztą Iwan i Stanowski napisali także w książce. Główny bohater (świetnie) grany przez Janusza Gajosa non stop wpada w błędne koło zapijania momentu trzeźwienia. Gdy tylko alkohol „zaczyna z niego schodzić” nie potrafi on skoncentrować się na czymkolwiek innym i męczy się do momentu wypicia. Dlatego często prosto po opuszczeniu bramy zakładu odwykowego alkoholicy sięgają po flaszkę.  Innym zapalnikiem jest nagły przypływ gotówki. Każdego 10-ego w dzień wypłaty oczekiwałem aż ojciec wpadnie do domu niemal razem z drzwiami. Swoisty rodzaj tradycji. Przed wypłatą zdarzało mu się czasem przez kilka dni nie pić, pewnie ze względu na to, że nie było za co, a nie udało mu się akurat przejrzeć wszystkich skrytek z gotówką między książkami czy talerzami tworzonymi przez mamę. Chociaż i brak pieniędzy nie zawsze skutkuje, bo w takich momentach „pomogą” „przyjaciele”. We wspomnianym „Żółtym szaliku” jest taka scena, że główny bohater stawia nieznajomemu kieliszek wódki, bo jedno spojrzenie na niego wystarczyło mu by zrozumieć w jakim stanie się on znajduje. Zresztą jeśli alkoholik zechce się napić to się napije i tyle. Nic z tym nie zrobisz. Nie zatrzymasz go prośbami, groźbami czy czymkolwiek innym. Zawsze znajdzie pretekst spaceru, spotkania, wyjścia do pracy do której raz dotrze, a innym razem nie. Jak zamkniesz drzwi na oba zamki i zabierzesz ze sobą klucze tak jak niegdyś zrobiła to mama idąc do roboty na pierwszą zmianę to wyjdzie balkonem (mieszkanie na parterze bardzo to ułatwiało). Alkoholizm to choroba niezrozumiałych. Możecie pytać dlaczego to robią. Dlaczego krzywdzą tym siebie, swoich bliskich? I często pewnie otrzymacie jakąś odpowiedź. Pewnie taką, że Was kochają, że nie chcą pić i, że już nie będą. I nawet jeśli się jednak napiją to nie tak, że Was okłamali. Alkoholik, gdy chce się napić to prowadzi wojnę z samym sobą, a że nałóg ten bardzo wyniszcza psychikę to zwykle się mu poddają. Poddają to słowo klucz, bo wydaje mi się, że alkoholicy to poddani alkoholu i służą swemu Panu poprzez spożywanie go. Możemy zachodzić w głowę dlaczego to robią, przecież nie chcą, obiecują i łamią obietnicę, wiedzą, że się wyniszczają, a jednak to robią. My których to nie dotyczy nigdy tego nie zrozumiemy. Niech tli się jednak w Was nadzieja, bo jedynie nadzieja i silna wola może tu chyba coś zdziałać.

Jestem pod ogromnym, wrażeniem Pani Basi, żony Andrzeja. Moi rodzice rozwiedli się gdy byłem w piątej klasie szkoły podstawowej i szczerze? Nigdy tego mamie nie powiedziałem, ale postrzegam tę decyzję za najlepszą jaką mogła wtedy podjąć. Kosztem późniejszego życia i finalnie śmierci ojca (kto uważnie czytał widział jej datę) uratowała nas i naszą przyszłość. Moją i młodszego brata. Pani Barbaro wiem, że nigdy Pani tego nie przeczyta, ale szczere chapeau bas, że dawała i daje Pani radę. Nasza mama też (mimo rozwodu) nigdy nie odwróciła się od ojca i gdy już z nami nie mieszkał często go dokarmiała, woziła na odwyki, wysyłała paczki do więzienia (czego nie rozumiałem i często złościłem się za to na nią), a my, albo inaczej ja bo wolę mówić sam za siebie nienawidziłem ojca. Jeśli ktoś by mnie zapytał czy w życiu kogoś szczerze nienawidziłem to właśnie taty, do końca jego dni. Wybaczyłem dopiero po śmierci i dziś może to brutalnie zabrzmi, ale w pewnym stopniu cieszę się za tę szkołę życia.

Nie chcę jednak sprowadzać „Spalonego” jak i samego Andrzeja Iwana jedynie do alkoholu. Ta książka opowiada przecież historię jednego z najlepszych polskich piłkarzy lat 70 i 80, legendę Wisły Kraków, która być może gdyby nie absencja Iwana awansowałaby do finału Pucharu Europy. Historia chłopaka z socjalistycznego osiedla w Nowej Hucie wybudowanego dla pracowników tejże właśnie huty (socjalistyczne osiedle Łęcznej wybudowane dla górników z pobliskiej Bogdanki pozdrawia), który mimo wszystko dokonał rzeczy wielkich i był ulubieńcem kibiców w Krakowie, w Zabrzu, a gdy grał dla kadry to kibiców w całej Polsce. Niemal każdy chłopak z takich właśnie bloków marzy by zostać piłkarzem, takim jak Andrzej Iwan. Nie chcieliśmy być lekarzami, prawnikami. Granie na nierównych klepiskach miało zapewnić podobną technikę, a mimo wszystko praktycznie nikt nie załapał się nawet do zawodowej piłki, nie mówiąc już o takich sukcesach które odnosił Andrzej Iwan. To także książka o wdzięczności dla trenera Mariana Pomorskiego, który zrobił z „Ajwena” piłkarza i któremu Andrzej nigdy nie potrafił odmówić o czym pisał w biografii. Nie wiem czemu, ale po jej przeczytaniu jeszcze bardziej lubię bohatera o którym opowiadał mi ojciec, którego przyjemnie słuchało się jako eksperta w telewizji i z którego udziałem uwielbiałem oglądać i słuchać programy na Weszło. Do tego stopnia, że gdy odchodził z redakcji przez jakiś czas dla mnie, dla kogoś kto jest jedynie widzem i słuchaczem panowała tam pewna pustka, bo opinie Iwana zwykle były trafne i sądzę, że Andrzej jak mało kto ma oko do piłkarzy i samej piłki, a poza tym wydaje się być po prostu świetnym człowiekiem z którym rozmawiasz i nie myślisz by spojrzeć na zegarek i zwijać się, bo robi się późno. Można słuchać i słuchać zapewne trochę o Krakowie, o starych czasach, życiu i piłce. Znajomym wielce zazdroszczę, bo poznanie Pana Andrzeja byłoby dla mnie wielkim zaszczytem, bo jak pisałem w tekście był to jeden z bohaterów o których w dzieciństwie słyszałem same dobre rzeczy.

Powoli czas kończyć. Mógłbym tu streścić wiele innych genialnych historii i anegdot z książki, często zabawnych, często powodujących śmiech przez łzy, ale także tych poważnych, lecz po co? Kto ma możliwość niech przeczyta je z książki. Najważniejsze, nigdy nie myślcie, że przechytrzycie alkoholika i, że macie jakąkolwiek wiedzę na ten temat i kontrolę nad jego nałogiem. Jeśli tak myślicie to się mylicie i tak naprawdę gówno wiecie.

Panie Andrzeju, jakkolwiek będzie, kibicuje, że nie podda się Pan walce. Dziękuje za wszystkie występy, które ze względu na wiek oglądałem jedynie z odtworzenia. Dziękuję także za utwierdzenie, że na temat alkoholu nie wiem nic mimo, że paradoksalnie dwie zakładki w lewo na tej samej stronie internetowej o nim piszę. Słuchać Pańskich wypowiedzi, czytać tę książkę to był zaszczyt. Zdrowia i wewnętrznego spokoju!

Panie Krzysztofie, po prostu zazdroszczę rozmówcy i dziękuje za spisanie tej historii. Sukcesów!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: